elektryczka

Zobacz cały wątek:  portal / szkoła, praca i reszta świata / elektryczka
Re: elektryczka 2015.02.27, 20:39
[autor]
Dzisiaj tak mnie natchnęło, żeby napisać o czymś trochę innym niż << czy być kobietą elektryczką czy w ogóle najlepiej zmienić zawód na inny >> Jestem przeziębiony i musiałem wziąć przymusowy urlop od pracy, więc trochę tu pobędę XD
Napiszę o trudach swojej pracy w kilku aspektach.


2007 sierpień. Ostatnia klasa liceum. Rykoszetem udało mi się podłapać pracę u pewnego sklepikarza niedaleko moich rodziców. Sklepikarz ten kupił mieszkanie do remontu, kawalerkę i remont praktycznie zrobił, tyle, że w sypialni nie było elektryki. Zawołał mnie i powiedział, że << pod sufitem jest puszka z kablami i było już 3 elektryków i żaden nie wiedział, o co tam chodzi i jak to światło zrobić. ( Wiem nawet, którzy ) Wycofali się. Ciekawe było, że pokój został pomalowany drogą farbą a nie sprawdzono wcześniej, czy "prąd działa". Przy wejściu nie było włącznika do światła a na suficie żadnego wypustu na żyrandol oO W dodatku inwestor był nieco wymagający oraz "lubiący pieniądze", ekscentryczny. Postanowiłem pomimo utrudnień podjąć się tego zadania. Trudność polegała na tym, żeby kable tak poprowadzić, żeby nie było ich w żadnym wypadku widać oraz absolutnie nie kuć ścian pomalowanych drogą farbą oraz ich nie pouszkadzać. Po dokładnym przyjrzeniu się mieszkaniu, zobaczyłem, że w suficie przechodniej kuchni jest bardzo dobrze zakamuflowany właz na jakby strych. Co gorsza, okazało się, że ten stryszek jest niski i duszny, w dodatku dość ciemny. Zasilanie musiałem przeciągnąć przez całość mieszkania od wejścia do tej tajemniczej puszki pod sufitem w pokoju. Strop nad pokojem to były deski przybite gwoździami do belek, które tak trzeszczały, jak się po nich przesuwałem, że myślałem, że spadnę razem z nimi XD. W dodatku belki mocno uwierały plecy, bo na tym stryszku można było tylko leżeć. Druga połowa była wyłożona watą szklaną, co wróżyło kilka mocno swędzących nocy, nawet pomimo kombinezonu. Czyli jedna połowa straszzzna a druga niewiele lepsza. W dodatku wszystko trzeba było tam robić na czuja ( montować kable na belkach ) i w niemożliwej duchocie, co bardzo pracę utrudniało. A z tą puszką... okazało się, że przychodzą do niej jakieś kable, ale część była wprost ucięta na podłodze tego strychu a zasilanie wpuszczone w ściankę działową między pokojem i kuchnią i niekończący się kilkumetrowy kabel był ucięty w tej ściance. Do włącznika kabel udało mi się schować za listwą wykończeniową drzwi od strony kuchni i przewiercić od strony pokoju na włącznik... niestety trafiłem na końcówkę kątownika i jakiś centymetr farby pod włącznikiem mi się wykruszył, a za tym poszło mocne, DOBITNIE MOCNE niezadowolenie Klienta. A historia z osprzętem ( włączniki, gniazdka ) ...żal. Znałem akuratnie serię, która była już w kuchni, łazience i przedpokoju. Tyle, że tam był kolor, a ja domówiłem białe, bo były łatwiej dostępne. Po ich zamontowaniu, musiałem zdjąć wszystkie, bo Klient rzekł, że "nie będzie mógł spać po nocach jak w pokoju będą białe a pozostałe zielone" ( tak, zielone ). Miałem już domówić ten dziwny kolor, jak przez przypadek w kuchni ( lekkiej graciarni ) przy szukaniu klinka, natknąłem się, na bliżej nieoznaczony worek z zielonym osprzętem :P Biały udało się zwrócić, na prośbę Klienta, a zamontowałem kolor. W dodatku ów sklepikarz wiedział, że ma kupione gniazdka ale z jakichś powodów fakt ten zataił. Potem były jeszcze perypetie przy płaceniu, bo mimo poprawności wykonania i działania, Klient nie do końca chciał odebrać prace i zapłacił tylko większą część wynagrodzenia. Chodziło np o to, że przy włączniku w pokoju ukruszył się kawalątek farby, pod sufitem było widać 10cm kabla w korytku kablowym ( dość skromnym mimo wszystko ) oraz, że wymiary wymienionej rozdzielki na murze w przedpokoju, różniły się od tej starej i został pasek starej farby, którego nijak nie dało rady zakryć nową, też ze względu na długość starych kabli. Najbardziej jednak pamiętam ten stryszek... tylko dla wytrwałych




2013 luty. Sroga zima, a ja przeziębiony. W Gazecie Noworudzkiej pisali na pierwszych stronach o pożarze stodoły w pewnej wiosce, gdzie zajęła się jeszcze część domu. Nie udało się uratować psów, kota, oraz wszystkich baranów - zginęły w pożarze. Właściciel uratował się w ostatniej chwili i była noc, jak zadzwonił po straż pożarną. Artykuł przykuł moją uwagę i tak się ciekawie złożyło, że przyszły Inwestor był dobrym znajomym mojego kolegi z miasta. I w ten sposób dostałem do niego numer i jeszcze tego samego dnia umówiłem się na zlecenie pomimo przeziębiania. Klientowi zależało na wyniesieniu skrzynki z licznikiem na zewnątrz, doprowadzeniem do niego linii oraz wykonaniu rozdzielki w środku, w korytarzu. Tak, żeby miał światło w domu, też i do celów remontowych. Zależało mu, by inwestycja była dość oszczędna w środkach, bo nie był ubezpieczony. Dziadek podwiózł mnie na miejsce oraz narzędzia i dom był w opłakanym stanie.... Ściany domu z białych zrobiły się czarne od dymu, a po stodole zostały tylko mury. Spory nieład przed domem. Trzeba było przejść przez łąkę, aby dotrzeć do gospodarstwa. Rozpacz, jedna rozpacz... Wszedłem do środka i przywitał mnie Klient, który prosił, by zwracać się do niego po imieniu. Materiał kupiliśmy w Kłodzku, a też zawiózł nas dziadek, bo Klient nie miał środka transportu. Potem przywiózł nas z powrotem i już zostałem na miejscu. Pierwszy dzień był organizacyjny, żeby domówić szczegóły oraz przygotować plan robót. Prąd do pracy mieliśmy "pożyczyć" od sąsiada z dołu, przez długi przedłużacz. Wieczory spędzaliśmy na pogawędkach na tematy związane z Klientem. Pierwszej nocy spało mi się super ale to SUPER wyśmienicie, pod grubą kołdrą, a Klient napalił w piecu w pokoju obok, więc było ciepło. Pamiętam tylko, że tam wieczorem się położyłem, szybko usnąłem ( jak nie ja ) i następnie zbudziłem się rano wypoczęty i gotowy do pracy. Drugi dzień to było kucie w ścianach na rozdzielki i mocowanie uchwytów na kabel WLZ ( zasilający od linii ). Drugiego wieczoru Inwestor pokazał mi sporą fotografię jak gospodarstwo wyglądało rok wcześniej, latem - CUUUDNIE, po prostu nie do opisania :D Piękny bialutki duży dom z wspaniałą stodołą, w pobliżu drzewka owocowe, ład i porządek dookoła, wszystko zadbane w szczegółach a przed domem na zielonej łące liczne stadko pasących się owiec. Jak z marzenia... Ten obraz przed i po zachował mi się mocno w pamięci. Pamiętam, że im dłużej przyglądałem się fotografii, tym bardziej zbierało mi się na łzy, co za podły człowiek mógł tak zrobić... bo to było celowe podpalenie... Więc druga noc była przepłakana, bo zrobiło mi się nieprzeciętnie żal biednego właściecila, że stracił wszystko co miał i dom i zwierzęta... Klient pokazał mi jednego dnia 3 ocalałe cudem owce, bo większość nie przetrwała pożaru... Zimowały w częściowo spalonej stajni. A weszliśmy tam po składaną aludrabinę, bo drugi i trzeci dzień to było robienie WLZ oraz wchodzenie wysoko na elewację i słup, by się podpiąć. Na samej elewacji, ścianie szczytowej od strony drogi było ponad 8 metrów ( ! ) a drabina, mimo, że przywiązana do izolatora gibała się przy wchodzeniu tam i nazad. Ale kabel AsXSn tak czy owak na elewacji trzeba było zamontować i podłączyć, ale strach na tej wysokości był N I E Z I E M S K I.
Potem kolejny dzień na podłączenia i montaż sondy do uziomu, co wymagało odgruzowania podejścia do domu. To robił już sam Klient ... w pewnym momencie dokopał się do... zwęglonego ciała kota i odrzucił je w pole... Widok tego zwierzaczka był dla mnie nieprzeciętnie smutny i dołujący, przerażający i nie mogłem cały dzień przestać myśleć o tych zwierzaczkach, które zginęły w pożarze - kolejna noc przepłakana, a jako, że jestem osobą zwierzo-kochającą, to bardzo przeżyłem widok tego kotka... Nie było mi też łatwo, bo byłem cały czas mocno przeziębiony i dokuczał mi silny kaszel, katar oraz nie mogłem nic jeść, bo wymiotowałem... Inwestor widząc mój stan zdrowia, chciał prace przerwać ale uparłem się i szedłem szybko ku końcowi. Kilka dni mi zajęło, żeby przegotować energetyce do odbioru rozdzielkę licznikową, która jest umiejscowiona przy wejściu do budynku, WLZu oraz przyłącza. Samego pana Inwestora wspominam jako osobę serdeczną, pomocną i niezwykle rozmowną, jednak nieco zagubioną i z różnymi kłopotami życiowymi. Bardzo dużo mi o sobie opowiedział i o swojej rodzinie. O planach na przyszłość, że chce odbudować dom i otworzyć agro gospodarstwo. Większość dni spędziliśmy w pokojo-kuchni na parterze, wieczory przy świeczce oraz małym szymiącym radyjku na baterie. Wieczorem też pracowało się przy świetle świecy, bo wieczory nastawały szybko. Prąd był tylko na dzień, jak się ściemniało, zwijaliśmy przedłużacz. Na ładowanie komórek wieczorem Inwestor wychodził do sąsiada, więc chwilami byłem sam w domu przypominającym wszechogarniającą rozpacz, po czymś, co jeszcze tak niedawno było piękną chlubą i ozdobą wsi... Gotowanie wody na herbatę na odbywało piecyku w drugim, małym pokoiku. Jeśli mam się czymś pochwalić na koniec, to tym, że nadprogramowo udało mi się podpiąć do nowej instalacji kuchnię właściwą, łazienkę oraz dwa pokoje na dole, bo nie mieliśmy tego w planie. Zrobiłem to oszczędnie, starym miedzianym kablem, podwieszając go w korytarzu, nieprofesjonalnie, na długich gwoździach oraz lince. Starałem się robić tym, co było pod ręką, oprócz zrobionych zakupów instalacyjnych. Nie chciałem dzwonić po dziadka, bo do miasta było daleko. Praca wymagała wchodzenia na piętro, które bylo zwęglone z zalane wodą gaśniczą przez strażaków, a po podłodze strach chodzić... Nie było szyb w oknach, lub całych okien bo "zjadł" je pożar. Współczuję bardzo temu biednemu człowiekowi...



Mogę tak pisać bardzo długo, ale na razie te dwa zlecenia, bo i tak się rozpisałem

forum / dział

  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj